Król rekinów – Dzidziuś I
/kōnsek/
Historia ta wydarzyła się bardzo, bardzo dawno temu, a może całkiem niedawno, gdzieś bardzo, bardzo daleko, a może gdzieś obok nas. W pewnej rodzinie urodził się maleńki chłopczyk. Rodzice byli bardzo szczęśliwi, bo oboje byli już ludźmi starszymi, a dotychczas nie posiadali jeszcze dzieci i chłopczyk był ich pierwszym potomkiem.
Niestety, los nie rozpieszczał rodziców i chłopczyk dużo chorował. Ciągle gorączkował, kaszlał, nie miał apetytu, mimo że rodzice dbali o niego i kupowali wszystkie dostępne produkty, owoce, witaminy. Lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny choroby dziecka, więc postanowili, że powinien pojechać do sanatorium nad morze, żeby pooddychać zdrowym powietrzem Nie pozostało nic innego, tylko wybrać się z dzieckiem do sanatorium. Postanowiono, że mama pozostanie w domu, a z maluchem pojedzie nad morze tatuś, któremu także przyda się zmiana klimatu.
Po kilku dniach przygotowań, spakowaniu toreb, pożegnaniach z mamą, które zdawało się, nie miały końca i nie jedną łzę wycisnęły na policzek, maluszek ruszył z tatą nad morze pociągiem. Po trwającej całą noc podróży dotarli do luksusowego sanatorium, które znajdowało się dosłownie parę kroków od morza, praktycznie nad samą plażą. Chłopczyk ogromnie ucieszył się na ten widok, nigdy nie widział dotąd takiej ogromnej wody, ani takiej ilości piasku do budowania zamków. Ojciec też był zadowolony, ponieważ będzie mógł w cieniu parasola czytać gazety, rozwiązywać krzyżówki, mając syna stale pod kontrolą.
Tego dnia, a był do dokładnie piąty dzień pobytu chłopczyka z tatą w sanatorium, chmurzyło się od rana. Morze było jakieś niespokojne, ale było dosyć ciepło, więc dzidziuś jak zwykle budował sobie zamki z piasku, a ojciec rozwiązywał krzyżówki na swoim leżaku. W pewnym momencie ojciec postanowił pójść do pokoju, żeby zaparzyć sobie kawę. Syn bawił się spokojnie w piasku, na plaży nie było nikogo w pobliżu, więc te pięć minut nic mu nie groziło.
Już będąc w pokoju, ojciec poczuł jakiś niepokój, coś nim wstrząsnęło i mówiło mu, że stało się coś złego. Pozostawił zaparzoną kawę na stole i wybiegł z pokoju. Na plaży nie było nikogo, synek zniknął, jedynie mokre ślady na piasku, rozmyty przez falę zamek, wskazywały, co mogło się stać. Ojciec wpadł w rozpacz, zaczął biegać wzdłuż wybrzeża, to wbiegał po pas w wodę, nawoływał, szukał, ale synka nigdzie nie było. Zaalarmowani krzykiem ludzie zbiegli się z wszystkich stron, ale nikt niczego nie widział, nie słyszał. Chłopczyk przepadł zabrany przez morską falę. Długotrwałe poszukiwania zaalarmowanych prze ludzi strażaków i marynarzy nie przyniosły żadnego skutku. Nie znaleziono chłopczyka, ani żywego, ani jego ciała.
Jakże ciężkie chwile przeżywał teraz jego ojciec i powiadomiona o tragedii matka. Ich jedyny i najdroższy skarb zaginął. Życie straciło dla nich sens. Nie pomagały, ani płacz, ani modlitwa, ani krzyki. Matka popadła w ciężką depresję, zachorowała i wkrótce umarła. Ojciec, nie mogąc darować sobie tego, że pozostawił syna samego na plaży, obwiniał siebie za to, co się stało. Odsunął się od ludzi, zamknął się sam w swoim domu i całymi dniami tylko przesiadywał przy oknie i rozmyślał.
Tymczasem mały syneczek płynął na grzbiecie rekina w głąb oceanu. To one, rekiny, korzystając z chwili nieuwagi taty spowodowały falę, która porwała dziecko z plaży i wiozły je teraz do swojego królestwa. Płynęły tak i płynęły wiele dni, a mały chłopczyk tylko płakał i płakał. Rekiny dziwiły się temu, ponieważ karmiły go najlepszymi, w ich mniemaniu, smakołykami, najlepszymi gatunkami żab, szlachetnymi rybkami. Nie wiedziały, że mały tęskni za rodzicami, a poza tym potrzebuje mleka, suchych pieluszek i ciepła, a nie tylko mokrej, słonej wody.
W końcu rekiny dopłynęły do swojego królestwa, przedstawiły królowi jego nowego podwładnego. Król rekinów był już bardzo stary, sam miał tylko jedną córkę, która była niedobra dla rodziców. Była nieposłuszna, kłótliwa, więc żaden rekin jej nie lubił. Król z miejsca polubił maluszka i chociaż ten nie znał rekiniej mowy, to zdołał przekonać króla, żeby pozwolił zbudować dla niego pływające łóżko, gdzie będzie mógł spać w suchej pościeli. Nie musiał już teraz moczyć się w wodzie przez całą dobę. Nauczył się też jeść morską roślinność, glony, trawki, a nawet surowe malutkie rybki.
Wkrótce miały się odbyć wybory nowego króla rekinów. Księżniczka, córka króla rekinów, wiedząc, że nie cieszy się zaufaniem ojca, a poza tym jest kobietą, więc nie ma szans na wybór postanowiła działać podstępnie. Postanowiła skłócić między sobą wszystkich kandydatów na przyszłego króla, żeby nie mogli wybrać spośród siebie jednego kandydata, a potem zaczęła, niby przypadkowo wspominać, że najlepszym kandydatem na nowego króla byłby chłopczyk, rzekomo nie uwikłany w żadne rekinie układy. Inne rekiny, nie zdając sobie sprawy z podstępu księżniczki, po początkowej niechęci, z czasem zaczęły z coraz większą sympatią mówić o tej kandydaturze. Kiedy przyszło do wyborów, królem rekinów wybrany został jednogłośnie maleńki chłopczyk. Nadano mu imię Król Dzidziuś I, bowiem rekiny nie znały jego prawdziwego imienia.
(…)
Przi pōmocy swojij cery Martynki napisoł to